Największe bolączki geocachera

Żaden deszcz, śnieg, czy inna niepogoda nie jest w stanie odebrać nam motywacji do poszukiwania skrzynek. Szukałyśmy już w 30 stopniowym mrozie i w 40 stopniowym upale, nic nas nie zniechęcało. Jednak są takie sytuacje niepogodowe, w których wychodzimy z siebie i ciśniemy soczystymi słówkami na cały ten  geocaching.

Skrzynka dla wielkoludów

Jesteśmy niewielkiego wzrostu, Justyna w kapeluszu ma 1,60 m wzrostu, a ja na obcasach 1,64 m. Niektóre skrzynki są umieszczone na tyle wysoko, że bez drabiny nie ma najmniejszej szansy żeby udało nam się dorwać keszyk. Czasem bawimy się w strażaka i Justyna wchodzi na drzewa za pomocą moich splecionych dłoni, które bezczelnie depcze butem. Cóż, chęć zdobycia kesza jest większa niż zmartwienie brudnymi dłońmi. W ten sposób radzimy sobie dość często, jednak są takie skrzynki gdzie pomimo najszczerszych chęci nie dosięgamy. Irytujące jest to szczególnie wtedy, kiedy o co najmniej 50 cm niżej można spokojnie ukryć skrzynkę, bez zabierania jej uroku, czy też bez narażenia jej na niebezpieczeństwo, więc po co, ja się pytam wysocy panowie tak wysoko je zostawiać?

Czyhające niebezpieczeństwo ze strony mugoli

Chodzący i wpatrujący się mugole są osobami stałymi w naszym krajobrazie. Czapka niewidka powinna być stałym elementem wyposażenia geocachera. Mamy kilka skrzynek, które nawet ciemną nocą są nie do podjęcia, bo wiecznie kręcą się wokół nich ludzie. Na takiego jednego mikrusa we Wrocławiu polujemy już pół roku i wszystkie nasze próby niszczą albo nadziabani szukający szczęścia ludzie, albo pan cierpiący na skrajną bezsenność i wypalający w oknie swojego mieszkania setki papierosów dziennie. Skrzynka jest umiejscowiona idealnie pod jego oknem, więc niestety każda nasza próba kończy się rezygnacją. Ja myślę, że on wie coś, ale nie wie co i dlaczego ludzie się wiecznie kręcą pod jego oknem, dlatego ciągle pilnuje swojego dobytku 😉

Rozwścieczone psy i skaczące po płotach koty

Nie od dziś wiadomo, że gocaching to zabawa niebezpieczna. Choć nie zdarzyło nam się jeszcze uciekać przed żadnym psem i żaden kot nie wydrapał nam oczu, tak nieraz szczególnie nocą mogłyśmy wyzionąć ducha. Poszukiwanie nocą, przygotowania trwały kilka godzin, dojście do skrzynki, pełna koncentracja, błysk bystrych oczu, wypatrujących kesza, a tu zza płotu hau hau hau hau!!! I nie wiadomo, czy brać nogi za pas i wiać ile sił, czy paść na ziemię i udawać martwgo. Cóż, w plecaku geocachera koniecznie musi znaleźć się miejsce na kiełbasę odstarszajkę, dla szczekającego psa, albo dla pyskatego właściciela czworonoga. Z kotami jest podobnie, ale one straszą swoim godowym wydzieraniem się, albo wlepionymi wielkimi ślepiami w dwie biedne geokeszerki.

Szukanie bez efektu

Tego dramatu doświadczył wielokrotnie każdy z nas. Zdarzyło nam się kilka razy, że nawet po godzinnych poszukiwaniach dalej zostawałyśmy bez niczego. Szczególnie człowieka szlag trafia kiedy w apce wyświetla się, że ktoś dzień wcześniej ją znalazł. W większości przypadków wracamy do tego miejsca ponownie, czasem z sukcesem, czasem nie, jednak najbardziej jest nam żal kiedy nie odnajdujemy skrzynki gdzieś na wycieczce wyjazdowej. Jednak to nieodnajdywanie keszy dodaje taką magię tej zabawie i ćwiczy naszą wytrwałość i cierpliwość.

Pewnie tych bolączek jest znacznie więcej, ale to te, które nas drażnią najmocniej. A Was co najbardziej irytuje w całej tej zabawie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *