Wielka Sowa – Korona Gór Polski

Wielka Sowa jest najwyższym szczytem Gór Sowich, dzięki czemu znalazła się na liście Korony Gór Polski. Na zdobycie tego szczytu wybrałyśmy się wczesną wiosną, kiedy we Wrocławiu przyświecało słońce, a w Górach Swoich leżał jeszcze ciężki śnieg.

Na wstępie powiem Wam, że szlak jest bajecznie prosty, wejście na szczyt od Schroniska Orzeł zajmuje mniej więcej godzinę, no ale my szłyśmy ze cztery godziny. Wesoło sobie idąc i podśpiewując Justyna wpadła na pomysł, że zaliczymy przy okazji Małą Sowę. Patrzymy na mapę, no dobra kawałek jest do odbicia, ale mamy czas i chęci. Powinno nam to zająć niecałe dwie godziny, ale przy okazji zgubiłyśmy się parę razy. Zawiodła nas jakaś aplikacja, na mapę Justyna nie pozwoliła mi zerknąć, uratowało nas endomondo i moja zdolność do kojarzenia obrotów w lewo i prawo 😉

Wielka Sowa

Śnieg wszędzie śnieg i droga na Wielką Sowę

Szlaki prowadzące na szczyt są naprawdę ładnie oznakowane. Wyraźne, w logicznych miejscach, jeśli ktoś chce się ich trzymać, to na pewno bez problemu znajdzie się na szczycie. Ku naszemu zaskoczeniu nie spotkałyśmy na szlaku wiodącym ku górze nikogo. Co prawda pogoda nie zachęcała, ale nie było też dramatu.

Wielka Sowa

Szczyt Wielkiej Sowy

Podejście pod sam szczyt jest prawdopodobnie dobrze wydeptaną ścieżką, nawet po tym ogromnym śniegu szło się nam bardzo przyjemniej. Wcześniej zdarzały się chwile, w których śniegu miałyśmy po sam pas. Chwilami nawet miałam łzy w oczach i pretensje do siebie, Justyny i całego świata 😉 Aby wejść na Wielką Sowę trzeba przejść przez bramkę. W tym wszystkim jest masa uroku, idzie się cały czas lasem, w końcu przechodzi się przez bramkę i otwiera się przed nami ścieżka na szczyt i widok na wieżę widokową.

Wielka Sowa

Niestety z widoczków nie byłyśmy zachwycone, mgła ledwo pozwalała nam na zobaczenie wieży widokowej, która i tak była zamknięta. Jednak posiedziałyśmy chwilę w domku na ognisko, zrobiłyśmy sobie kilka selfiaczków i byłyśmy gotowe na podróż powrotną.

Wielka Sowa

Kocia Wielka Sowa

W chatce puchatka na szczycie spotkałyśmy stałą rezydentkę. Tuliła się do nas, miałczała i nie dawała spokoju. Byłyśmy tak samo głodne jak ona, ale ona miała więcej szczęścia, chwilę po nas przyszła ekipa starszaków seniorów, która kiedy tylko wypatrzyła kicię, solidnie ją wykarmiła. Przedział wieku tej głośnej i radosnej ekipy to jakieś 60-90 lat. Serio, wpadli z ogromną werwą na szczyt, tak jakby Wielka Sowa była byle jakim pagórkiem, każdy miał gałąź w ręku bo mieli zamiar palić ognisko. Przywitaliśmy się, chwilę pogadaliśmy o pogodzie i pożegnaliśmy się, ale to nie było nasze pierwsze i ostatnie spotkanie tego dnia.

Wielka Sowa

Zejście z Wielkiej Sowy

Kiedy wchodziłyśmy na szczyt pogoda nie była zachwycająca, ale było chociaż coś widać. Kiedy wracałyśmy, chwilami zaczynało robić się niebezpiecznie. Przyznać trzeba, że góry uwielbiamy, ale jesteśmy bardziej turystkami amatorkami, niż kimś więcej. Dlatego też przeżyłyśmy parę chwil grozy, szczególnie kiedy przestawałyśmy siebie i widzieć i słyszeć. Mgła i dość silny wiatr odpuściły dopiero gdzieś w okolicach Schroniska Sowa.

Wielka Sowa

Obiad w Schronisku Sowa

Przyznać trzeba, że po wszystkich naszych błądzeniach w prawo i lewo, wracałyśmy bardzo głodne. Wpadłyśmy na obiad do Sowy, ku naszemu zaskoczeniu chwilę po nas wpadła tam grupa seniorów, która przecież schodziła długo za nami. Pani w schronisku nagotowała ośmiorniczek, ale i tak wszyscy rzucili się na doskonała zupę pomidorową i pierogi, zapijane piwem. W Sowie było okropnie głośno, ale wszyscy mieli tak fantastyczny humor, że jedzenie pomidorówki przy śmiechach i wrzaskach absolutnie nie odebrało jej smaku.

Wielka Sowa

Nocleg w Schronisku Orzeł

Ze schroniska Sowa dotarłyśmy do schroniska Orzeł, oczywiście spotkałyśmy już stałą piwkującą, w każdym napotkanym miejscu ekipę. Chwilę z nimi posiedziałyśmy, napiłyśmy się piwka i zmęczone poszłyśmy do pokoju.

Nocowałyśmy w Schronisku Orzeł, miło, czysto, przyjemnie, ale mało schroniskowo. Szczególnie kiedy załapałyśmy się na śniadanie stwierdziłyśmy, że jest tutaj bardziej hotelowo-pensjonatowo. Nie żebyśmy uwielbiały spartańskie warunki, ale ciepła woda cały czas to lekka przesada 😉 Ceny jedzenia i piwka są bardzo w porządku, ludzi było bardzo dużo. Wielokrotnie spotykana przez nas grupka starszaków po kilku głębszych nawet zjeżdżała na workach spod schroniska, gdzie śniegu nie było już zbyt dużo, ale dowodzi to jedynie świetnej atmosferze, która panowała w górach.

Wielka Sowa

Wielka Sowa była naszym trzecim zdobytym szczytem. Zdobyłyśmy ją zaraz po Chełmcu, o którym już Wam opowiadałyśmy. Z powodu śniegu, zadziorności Justyny, która zawsze wie gdzie idzie 😉 i wiecznego gubienia się na prostym szlaku, była to wyprawa dosyć męcząca, ale chyba taka, którą najlepiej wspominamy.

PS. Pieczątki można zdobyć w schroniskach Sowa i Orzeł. Do zobaczenia na szlakach!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *